Home > Wywiady > Joanna Dziubek: zwolnij i bądź szczęśliwy

Joanna Dziubek: zwolnij i bądź szczęśliwy

Żeby zwolnić, nie trzeba wcale porzucać wszystkiego i zaszywać się na wsi hodując owce – mówi Joanna Dziubek, redaktor naczelna serwisu Povoli.pl poświęconego tematyce slow life.

Co oznacza życie w stylu slow?

To życie, w którym znajdujemy czas i ochotę do celebrowania małych przyjemności i dostrzegania tego, co się wokół nas dzieje. Bez pośpiechu, za to z dużą uważnością. Kiedy zaczynamy żyć świadomie, zwracając uwagę na otaczający nas świat i ludzi, okazuje się, że to życie jest nie tylko ciekawe i pełne doznań, lecz także po prostu dobre. Co  ciekawe, żeby zwolnić, nie trzeba wcale porzucać wszystkiego i zaszywać się na wsi hodując owce. Można żyć powoli nawet w centrum dużego miasta.

Co w Pani przypadku było pierwsze – zainteresowanie ideą slow life czy chęć założenia serwisu internetowego?

Zdecydowanie slow life. Po kilkunastu latach intensywnej pracy doszłam do tego samego punktu, co chyba każdy zwolennik tej filozofii życia. Zdałam sobie sprawę z tego, że funkcjonowanie na co dzień w biegu, pogoni za tym, co współcześnie nazywane jest sukcesem i pod presją realizowania zadań wprawdzie przynosi dobre rezultaty finansowe, ale nie daje mi możliwości nazwania się szczęśliwą.

Prawdę mówiąc w pewnej chwili stałam się chyba nawet mało sympatyczną osobą. I wtedy poczułam, że muszę coś zmienić. Że chciałabym naprawdę cieszyć się z tego, jak minął mi kolejny dzień i nie budzić się w środku nocy planując, od czego najlepiej zacząć następny, żeby był odpowiednio efektywny. Povoli.pl to rezultat tej zmiany.

Jaki charakter w założeniu miał mieć serwis Povoli.pl i czy rozwinął (lub też rozwija) się w kierunku, który Pani zakładała?

Celem portalu jest promowanie filozofii slow life. Chcemy pokazywać, co może stworzyć tę dobrą jakość życia. To są miejsca, wydarzenia, ludzie i ich pomysły. Mówię, że każdego dnia serwujemy dobre informacje. Nawet gdy piszemy o sprawach, które są lub mogą być problematyczne, to zawsze w kontekście tego, jak dobre może być uświadomienie sobie tych problemów. Dotyczy to m.in. świadomości ekologicznej i barier, jakie codzienność stawia nam na drodze do równowagi między wszystkimi elementami naszego życia: pracy, relacji, zdrowia…

Pokazujemy możliwości i jednocześnie uważamy, by nie popadać w moralizowanie i dyktowanie jedynie słusznej koncepcji działania. W chwili, gdy rozmawiamy, portal ma zaledwie dwa miesiące, ale nasze artykuły już spotykają się z dużym zainteresowaniem i bardzo pozytywnymi recenzjami. Przykładam ogromną wagę do jakości tych publikacji, bo bez tego realizacja założonego planu biznesowego będzie po prostu niemożliwa.

Slow life w Polsce to wciąż nowinka – czy powodował Panią również „zapał edukatorski”, a więc chęć poszerzenia wiedzy innych na temat tego zjawiska?

Oczywiście, że chęć niesienia tego kaganka oświaty była i nadal we mnie jest (śmiech). Jednak tym, co zwróciło moją uwagę i doprowadziło do uruchomienia Povoli, był brak takiego miejsca w polskich mediach, nie tylko internetowych. Nie miałam nawet możliwości przeprowadzenia analizy konkurencji, bo slow life pojawia się jako temat artykułu, a nie nurt, któremu dany serwis poświęciłby np. osobny dział.

O slow life często piszą blogerzy, ale z pewnością nie chcemy z nimi konkurować. Wręcz przeciwnie, zapraszamy ich do współpracy, publikujemy wywiady z nimi, bo opinie tych osób są doskonałą ilustracją wartości, jakie niesie ze sobą życie „povolne”. Można też znaleźć elementy tej filozofii w bogato ilustrowanych magazynach, w zależności od ich tematyki zachwalających sielskie życie na wsi, ekologiczne jedzenie lub pokazujące ścieżki do psychologicznej równowagi. My łączymy wszystkie wątki.

Czy wcześniej miała Pani do czynienia z mediami, jako twórca lub obiekt ich zainteresowania?

Przez wiele lat pracowałam jako dziennikarz prasowy i telewizyjny. Do tej pory wolę stać z tej strony mikrofonu, bo znacznie łatwiej jest zadawać pytania, niż na nie odpowiadać. Właśnie tego doświadczam. Zajmowałam się też innymi rzeczami, bo moja kariera przybierała kierunki czasem zaskakujące mnie samą. Powrót do pracy dziennikarskiej jest jednym z elementów mojego „nawrócenia”, bo to jest to, co lubię robić najbardziej. Rzecz jasna jako wydawca i redaktor naczelny w jednym muszę zajmować się nie tylko tworzeniem tekstów. Ale dalej mam poczucie, że jestem tu, gdzie być powinnam.

Jak od praktycznej strony wygląda zakładanie serwisu internetowego?

Tak samo, jak każdej innej firmy. Trzeba mieć pomysł, potem jak najdokładniej ocenić jego mocne i słabe strony, ocenić swoje faktyczne możliwości, także finansowe i ułożyć plan. Jeśli już wiadomo, dokąd chcemy dojść, to często sposoby dotarcia do celu nasuwają się same. W moim przypadku najtrudniejsze było opanowanie meandrów technologicznych. To, co kryje się na zapleczu informatycznym i logistycznym serwisu, stanowi znacznie większą jego część, niż mogłoby się wydawać. Korzystam oczywiście ze wsparcia specjalistów, ale zdobycie chociaż podstawowej wiedzy było tu konieczne.

Czy tworząc Povoli.pl inspirowała się pani innymi, zagranicznymi stronami poświęconymi tej tematyce?

Szukałam podobnych stron za granicą, skoro nie znalazłam ich w polskich mediach, ale ostatecznie nie wzorowałam się na żadnych. Czytelnicy zagraniczni żyją w innych realiach, niż nasi. Chociaż cały świat cywilizacji zachodniej pędzi tak samo, to jednak warunki, w jakich żyjemy i pracujemy potrafią być diametralnie inne. Wolałam stworzyć coś oryginalnego. Ocenę tego, czy się udało, muszę pozostawić wyłącznie naszym odbiorcom.

Od swoich dziennikarzy wymagała Pani wiedzy na temat slow life, czy lekkie pióro i umiejętności były jedynymi warunkami?

Zdecydowanie ważniejszy jest warsztat. Autor, który potrafi dobrze i interesująco pisać, poradzi sobie z niemal każdą tematyką. Slow life to nie jest jakaś wąska dziedzina, w której konieczna jest specjalizacja. To, o czym piszemy, dotyczy tak wielu obszarów naszej aktywności, że wystarczy otwarta głowa i faktyczne umiejętności, żeby móc ciekawie opowiedzieć np. o „povolnym” jedzeniu lub miejscu.

Media w sieci rządzą się zupełnie innymi prawami niż prasa czy telewizja – muszą zaciekle walczyć o czytelnika, przyciągać chwytliwymi nagłówkami i ścigać z innymi na aktualność. Povoli.pl zgodnie z nazwą, zdaje się funkcjonować poza internetowym rwetesem – czy ta taktyka była świadoma?

Nie funkcjonujemy poza internetowym rwetesem, bo to jest po prostu niemożliwe. My jesteśmy częścią tego żywiołu. To, co nas odróżnia, to dążenie do tego, by serwować naszym czytelnikom nie tylko lekkie, bogato ilustrowane newsy, które w gruncie rzeczy nie przynoszą żadnych nowych informacji. Dlatego oprócz porad, jak uprawiać balkonowy warzywnik piszemy też np. o społecznej odpowiedzialności biznesu, pladze marnowania jedzenia i sposobach radzenia sobie ze stresem.

Zapraszamy do rozmowy z nami ekspertów i osoby, które na co dzień żyją w rytmie slow. Z ich pomocą pokazujemy, co i jak można zmienić, żeby było generalnie szczęśliwiej. Nie możemy ignorować tego, jak działają media internetowe. Ważny jest obraz i zwrócenie wagi czytelnika. Każdego dnia docierają do nas niezliczone ilości informacji i mamy zaledwie kilka sekund, żeby przykuć uwagę odbiorcy. Nie ma co z tym walczyć. Trzeba przygotować jak najlepszy tekst, bo jeśli treść będzie marna, to czytelnik może już do nas nigdy nie wrócić. Ale sensacyjne nagłówki, które mają niewiele wspólnego z tekstem, zostawiamy innym portalom.

W jaki sposób realizuje pani idee slow life we własnym życiu?

I tego pytania się obawiałam (śmiech). Każdy, kto uruchomił jakiekolwiek przedsięwzięcie, wie, że trzeba włożyć mnóstwo pracy w jego rozwój. Nic samo się nie zrobi. A Povoli jest dopiero na początku swojej drogi, więc pracuję dużo i intensywnie. Nie jem przez to regularnych posiłków, więc tu akurat szewc bez butów chodzi. Staram się jednak nie wpaść w koleiny, z których z takim trudem się wydobyłam.

Moje slow to w tej chwili pielęgnowanie relacji z rodziną i przyjaciółmi, nawet tymi, którzy mieszkają bardzo daleko. To grzebanie w ziemi, bo nic tak nie uspokaja, jak pokonanie zgrai chwastów w ogrodzie. Pilnuję też, żeby znaleźć czas na swoje zainteresowania. Przestałam wędrować po sklepach i oprócz zwykłych zakupów spożywczych nie przygarniam nic więcej. Wyjątek zrobiłam niedawno dla preparatu do usunięcia starej farby z mebli, które spróbuję odnowić.

Czy Pani zdaniem ten trend ma szanse przyjąć się w Polsce na większą skalę?

Mam taką nadzieję. Po prawdzie slow life nie zasługuje na to, żeby być trendem, niemal fanaberią zmęczonych życiem mieszczuchów. To sposób myślenia i działania, którego przyjęcie, chociażby w niektórych aspektach życia, pozwoli nam kończyć każdy dzień tak, żeby łatwo było bez zastanowienia przywołać w myśli przynajmniej trzy dobre rzeczy, które nas dzisiaj spotkały. Przecież każdy zasługuje na to, by móc bez wahania powiedzieć „jestem szczęśliwy”.

Warto przeczytać

Jak sprzedać kota w worku? Dominka Płuza to wie

Chcę, aby każdy z klientów – zarówno człowiek, jak i kot, był zadowolony – mówi …

Jeden komentarz

  1. Ja mam slowlife u siebie na ogródku 🙂 Nie wiem, co bym bez niego zrobiła 😀

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *