Podziel się, , Google Plus, Pinterest,

Drukuj

Opublikowano w:

Milionerki z sąsiedztwa: Sonia Draga, wydawczyni „50 twarzy Greya”

Sonia Draga, założycielka wydawnictwa nazwanego jej nazwiskiem, zaczynała od sprzedawania nagłośnień do samochodów. Dziś dzięki niej Polacy mogą czytać powieści Dana Browna lub głośne „porno dla mamusiek” E. L. James. Był jednak moment, kiedy przez jedną książkę przez trzy dni poważnie myślała o porzuceniu rynku wydawniczego.

Dorota Ziemkowska: „Pięćdziesiąt twarzy Greya” to dobra książka?

Sonia Draga: Pod względem literackim na pewno nie. Została jednak napisana jedynie w celach rozrywkowych – mamy przy niej na chwilę zapomnieć o całym świecie i odprężyć się. To się akurat autorce udało. Grey jest napisany lekko i w sposób bardzo świeży mówi o miłości między dwójką ludzi. Dlatego postanowiłam, że go wydam.

Nie dlatego, że zza Oceanu zaczęły spływać informacje o ogromnym zainteresowaniu, jakie wzbudza?

Nie do końca. Kiedy podejmowałam decyzję o wydaniu książki w Polsce, w Stanach Zjednoczonych była rozpowszechniana prawie wyłącznie jako plik elektroniczny. Ukazała się co prawda również nakładem małego, australijskiego wydawnictwa, ale papierowy nakład był znikomy. Już trochę się zaczynało o niej mówić, ale pierwsze liczby dotyczące sprzedaży były niewielkie w stosunku do tych, o jakich zaczęły mówić media kilka miesięcy później.

Mimo tego decyzja o wydaniu książki E. L. James zapadła właściwie w ciągu kilku dni.

Dokładnie. We wtorek skontaktowała się ze mną agencja pisarki, dwa dni później w tej samej sprawie pisała do mnie jedna ze skautek, z którymi współpracuję, a które wyszukują dla mnie na całym świecie nowości wydawnicze. Przekonywała, że to jest coś, nad czym warto się pochylić. Był piątek wieczór, kiedy pomyślałam sobie: dlaczego nie? Siadłam i przez weekend przeczytałam Greya. W poniedziałek przyszłam do pracy pewna, że chcę to wydać. I wtedy czekała na mnie nieprzyjemna niespodzianka. Agentka poszła na urlop i musiałam czekać cały tydzień na jej powrót.

Był stres, że ktoś przez ten czas przebije Pani ofertę?

I to jaki! W tym czasie w innych państwach wydawnictwa już zaczynały się bić o ten tytuł. Bałam się, że przez te kilka dni książka stanie się na tyle popularna w środowisku, że potem będę musiała oferować znacznie większe pieniądze. Ostatecznie i tak musiałam podnieść wcześniej proponowaną stawkę, ale udało mi się wypracować jakiś niezły kompromis.

Dla kogo ją Pani wydała? Mówi się, że to „porno dla mamusiek”. To właśnie są jej adresatki?

Bynajmniej. Myślę, że to określenie jest mylące. Tak naprawdę „Pięćdziesiąt twarzy Greya” zostało napisane dla młodych dziewczyn, które kilka lat temu fascynowały się sagą „Zmierzch”. Przybyło im trochę lat, mają ich teraz po 20, 20-kilka i potrzebują nieco mocniejszych wrażeń.

Pięćdziesiąt twarzy Greya” to kolejna książka, którą można by nazwać kamieniem milowym w Pani karierze. Pierwszym było… „Stereo w twoim samochodzie” wydane jeszcze wtedy, gdy prowadziła Pani firmę sprzedającą nagłośnienia do aut. Już wtedy, kilkanaście lat temu myślała Pani, że zmieni branżę?

O nie, „Stereo…” wydałam tylko dlatego, że uznałam, że branża, którą się wtedy zajmowałam, potrzebuje pewnego douczenia się. Wyszukałam tę książkę na rynku amerykańskim, przetłumaczyłam i wydałam.

Po co zajmować się edukowaniem klientów i to wtedy, kiedy firma zmagała się z kryzysem?

To była racjonalna strategia. Polska i duża część świata przechodziły wtedy okres załamania gospodarczego, dodatkowo klienci stali się bardziej wybredni. Już nie zachowywali się tak, jak na początku lat 90., kiedy wydawali pieniądze na wszystko jak leci, a na ich zakupach wielu biznesmenów budowała niemałe fortuny. Pamiętam te dobre początki – z ojcem i ówczesnym mężem sprzedawaliśmy wtedy telewizory i magnetowidy, jednak po kilku latach uznaliśmy, że warto skupić się na produktach związanych z samochodami, bo była to jeszcze stosunkowo mało wyeksploatowana część rynku. Wiodło nam się nieźle. Z czasem klienci zaczęli jednak szukać produktów trochę bardziej wyrafinowanych. I chociaż u mnie mogli takie dostać, to musiałam wyedukować sobie osoby, które miały się zajmować montażem tych urządzeń. Oni musieli wiedzieć jak do nowych produktów podchodzić, jak je łączyć w zestawy i instalować w samochodach. A z czego mieli się tego dowiedzieć? Otóż właśnie z książki.

Opublikowanie jednego poradnika jest jednak czym innym, niż wydanie serii powieści.

Już kiedy byłam dzieckiem wypożyczałam wszystko, co było w bibliotekach i tak często chodziłam do katowickich księgarń, że zaprzyjaźniłam się ze sprzedawczyniami, które chowały mi ciekawsze tytuły pod ladą. Kiedy więc w księgarniach pojawiła się pierwsza moja książka, stwierdziłam, że mam pełne prawo nazywać siebie wydawcą. Nawiązałam kontakt z jedną z agencji literackich i umówiliśmy się, że będzie mi ona podsyłać tytuły do recenzji. To już były książki beletrystyczne.

Między innymi „Kochając Większą Kobietę” Jennifer Weiner, kolejny ważny dla Pani tytuł.

Dokładnie. To było w czasach popularności powieści o Bridget Jones. Uznałam, że książka świetnie się wpisuje w ten trend. A że był to debiut autorki, łatwiej było mi przekonać agencję, że powinnam się tym zająć, bo inne wydawnictwa nie były nim zbyt zainteresowane.

Czasami wspominając ten tytuł przyznaje się Pani jednak do niemałej wpadki…

Owszem i to bardzo chętnie, ponieważ uważam, że każdy człowiek jest omylny, zdarzają mu się błędy i najważniejsze, żeby się na nich uczyć. W tym przypadku książka została wydana z całkiem sporą liczbą błędów korektorskich. Kiedy sobie to uświadomiłam, przez dwa, trzy dni siedziałam i zastanawiałam się, co dalej. Bo może się do tego nie nadaję? Po tym czasie jednak moje wydawnictwo zaczęło działać. Wycofaliśmy książkę z rynku, poddaliśmy korekcie, wprowadziliśmy na nowo i sięgnęliśmy po kolejne tytuły, żeby się zrehabilitować.

Mówi się, że największa rehabilitacja przyszła z wydaniem powieści Dana Browna. Ale już wcześniej osiągnęła Pani niemały sukces, po wydaniu literackiego thrillera „Władca Ocean Park” Stephena L. Cartera.

To prawda, dzięki niemu trafiliśmy na listę bestsellerów. Aczkolwiek i w tym przypadku wiele nauczyliśmy się na błędach. Chociażby tego, że w grudniu już nie wprowadza się premier książkowych.

Dlaczego?

System dystrybucji tak działa, że jeśli chcemy wprowadzić na rynek dobrą książkę, to najpóźniej w połowie listopada, góra dwudziestego. Bo zanim ukształtuje się ona w świadomości czytelników, minie kilka tygodni. Dlatego w grudniu, przed świętami, wszyscy już sięgają już tylko po książki, które ukazały się w ciągu roku, a premiery przekładają na styczeń.

Te książkowe kamienie milowe chyba najwięcej Panią nauczyły. Tak było także w przypadku „Kodu Leonarda da Vinci” oraz „Aniołów i demonów” Dana Browna, którymi zajęła się Pani razem z wydawnictwem Albatros. Sama by Pani nie podołała?

Trochę tak. Szczególnie tego, że jako raczkujący wydawca mogę nie poradzić sobie z promocją lub zwyczajnie zabraknie mi pieniędzy. Bo powieści Browna osiągnęły już wtedy na świecie niebywały sukces. Dzięki współpracy z Albatrosem nauczyłam się bardzo wiele. Chociaż, oczywiście, nie obyło się bez sytuacji konfliktowych.

Jakich?

Powiem tak: gdzie jest dwóch decydentów, tam trudno dojść do porozumienia nawet jeśli chodzi o proste sprawy, jakie jak chociażby projekt okładki. Na początku często ustępowałam dla zasady, bo wspólnik miał dość silną osobowość. Potem jednak doszłam do wniosku, że starczy już tej współpracy i chcę sama podejmować decyzje.

Jak środowisko wydawców zareagowało na tak nagłe pojawienie się na rynku nowego gracza?

Uświadamiali to sobie bardzo powoli. Na początku wiele osób, chociażby krytyków literackich, myślało że Sonia Draga to jakiś kolejny pomysł wydawniczy Albatrosa. Musiałam bardzo się napracować, żeby naprawdę zaistnieć w branży. Myślę, że środowisko w pełni zdało sobie sprawę z mojej obecności dopiero jakieś 2 lata po premierze pierwszej książki Dana Browna.

W Polsce jest coraz więcej kobiet na stanowiskach kierowniczych. Zauważa Pani, że to przestało być fenomenem?

Niestety, nie do końca. W biznesie wciąż dobrze się mają stereotypy mówiące o tym, że mężczyzna jest lepszym szefem firmy. Czasami na początku negocjacji widziałam, że panowie patrzą na mnie z politowaniem, potem jednak, w trakcie rozmowy, wyraźnie nabierali szacunku. Kilka razy wykorzystałam ten element zaskoczenia. Do głowy za to nie przyszłoby mi, żeby idąc na rozmowę biznesową podkreślić swoje kobiece atuty krótką mini lub dużym dekoltem. Taka prowokacja zakończyłaby się tylko tym, że byłabym traktowana z politowaniem do końca spotkania. Czasami nawet, żeby zmniejszyć ryzyko takich podejrzeń, wolę przyjść na negocjacje w spodniach i pozapinana po szyję. Rozmawiała: Dorota Ziemkowska

Podziel się, , Google Plus, Pinterest,

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *